Mieszkanie na wsi: moje plusy życia poza miastem

7
860
views

Mieszkanie na wsi dla mieszczucha to nie lada wyzwanie. Mała chatka na końcu wsi, samotność, cisza i ciemność. Gdzie te plusy?

Nie wiem, czy pamiętacie, ale jakiś czas temu mieszkałam już za miastem. Ten etap zakończył się wraz z zakończeniem związku, wróciłam do Warszawy. W wygodnym mieszkaniu żyłam ponad 2 lata.

Dziś jestem na wsi, na pograniczu Mazowsza i Podlasia. Mieszkam tu od marca 2020 i nie wiem, na jak długo zostanę. Moje tęsknoty za życiem blisko natury spowodowały, że bez zastanowienia spakowałam kartony. Decyzja nie była efektem sytuacji epidemicznej, zbiegło się to w czasie.

Bliskość natury

Gdy mieszkałam w Warszawie, prawie każdy weekend spędzałam poza nią. Wiosną, latem i wczesną jesienią, a nawet zimą pędziłam na wieś, by choć przez chwilę dotykać drzew i cieszyć oczy przestrzenią.

Na wsi mieszkam od marca, więc poznałam świeżość wiosny, energię lata i melancholię jesieni. Teraz doświadczam swojej pierwszej zimy w małym białym domku.

Mam swoje ulubione spacerowe trasy: piaszczystą drogę przez sosnowy las, która prowadzi na rozległe pola. Na nich gdzieniegdzie, tuż przy drodze, rosną niewielkie skupiska świerków, a po prawej stronie drogi, między jednym a drugim polem, można wejść w mały brzozowy lasek.

Droga przez pola prowadzi do lasu, leśna ścieżka z kolei do innej wsi. Można iść prosto albo lekko zakręcić, iść przez pola, aż do Szamana, który w ciepłe pory roku mieszka w indiańskim tipi, a teraz – zimą – w ziemiance.

Cykle życia

Wiosną, gdy wszystko budziło się do życia, ze sporą niepewnością, jakbym była zawstydzona przed Matką Naturą, spacerowałam po tych polach. Z dnia na dzień, razem ze słońcem, z rosnącym zbożem i wzrastającą zielenią, odkrywałam swój zachwyt nad przyrodą. Spacery przed zachodem słońca latem były niesamowitym doświadczeniem. Złocące się pola wyglądały jak wielki skarbiec do odczuwania wdzięczności. Z kolei wczesne poranki w lesie, gdy pierwsze promienia słońca przedostawały się niemrawo przez drzewa, a pola obejmowała mgła, otwierały serce i pozwalały zapomnieć o wszystkim. Tonęłam w tych leśnych spacerach (ba – raz nawet zgubiłam się na grzybach!)

Zrywanie skrzypu, pikniki na środku pola, planszówki w lesie, zabawy na belach, szukanie grzybów, milczenie z drzewami i oddychanie świeżym powietrzem – tego nie da się opisać.

Zima też zaczyna mi się podobać! Gdy spadł pierwszy śnieg, cieszyłam się jak dziecko! Nawet ta szarość, deszcz i mgły mają w sobie majestatyczną wartość. Bycie blisko cyklu natury, doświadczanie go i codzienna obserwacja są moim sposobem na spokój i odczuwanie szczęścia. Właśnie za to kocham mieszkanie poza miastem.

Mniej stresu, więcej czasu

Głośne miasto powodowało u mnie ciągle poczucie stresu. Spędzanie około 2 godzin dziennie w korkach, brak czasu na budowanie relacji z przyjaciółmi, na własny rozwój.

Być może innym osobom mieszkającym w mieście udaje się to robić – prowadzić niestresujące życie. Ja nie umiałam. Stres odbijał się na moim samopoczuciu, nie umiałam dobrze radzić sobie z emocjami, z komunikacją z ludźmi. I choć wiedziałam kim jestem, czego pragnę, moje czucie było zablokowane. Byłam zamknięta wewnętrznie. Dziś się budzę! Na wsi życie toczy się wolniej, spokojniej, bez ciągłego biegu.

Żyje się zgodnie ze słońcem, z naturą. Ten czas, od marca do dziś pozwolił mi odkryć nowe możliwości, nowe problemy. Dał szansę na poukładanie siebie. Dziś praktykuję wdzięczność, miłość do samej siebie i do innych.

Czas na rozwój i pasje!

Szum miasta, stres i życie w biegu powodowały we mnie dziwną niechęć do pro rozwoju. Wracałam do domu, wychodziłam z psem, gotowałam. Ćwiczyłam, chodziłam na zajęcia. Wszystko zapięte w taki harmonogram, że spotykanie się z przyjaciółmi wymagało minimum 3-tygodniowego wyprzedzenia. Abstrakcja, prawda? Wiem, że teraz sporo się zmieniło, jednak wtedy, w tamtym okresie, właśnie tak to u mnie wyglądało.

Nie zrezygnowałam z ćwiczeń, a nawet zaczęłam biegać! Częściej widzę się z przyjaciółmi, mam energię i motywację do codziennego wstawania o 5.55, mam czas na czytanie, pisanie, gotowanie, na beztroskie patrzenie przez okno. Te 2 godziny bez korków i wzmacniające otoczenie wiele mi dały.

Czy pozostanę na wsi?

Chciałabym i taki mam plan. Jednak wiem też, że życie potrafi nam robić piękne niespodzianki. Jeszcze kilka miesięcy temu nazywałam ten stan: przerwa od życia. Teraz wiem, że to jego część, żaden przystanek, przerwa czy sielanka. Przecież jestem, żyję i idę dalej.

Wiem, że kocham to miejsce, tych ludzi, otoczenie i sposób życia.

A minusy?

Jest ich również kilka, ale o tym pewnie innym razem 🙂 Jeśli będziecie oczywiście ciekawi.

pozdrawiam wiejsko!

 

Zdjęcia: Photo by Justa

7 KOMENTARZE

  1. Super, że masz takie miejsce. Ja też od 2 lat przebywam na wsi i nawet obecna sytuacja na świecie dzieje się dla mnie jakby w oddzielnej galaktyce… Wszystkiego dobrego 🙂 🙂

  2. Straszliwie zazdroszczę.. ale tak pozytywnie. Sama niby mieszkam obecnie na wsi, ale wieś wsi nie równa. Marzy mi się żyć na takiej prawdziwej wsi, takiej właśnie z opisu wyżej. Wierzę, że zamieszkam, ale jeszcze trochę przede mną 🙂
    Pozdrawiam gorąco, miłego dnia.

  3. Poprosie o minusy.
    Od dawna marze o wsi i sie jej boje .. wiejskiej spolecznosci, samotnosci, poczucia ugrzezniecia, drogi do wyhamowania – czyli, bezpowrotnie odwykniecia od zycia w miescie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here