Samotność? O indywidualizmie i sztuce przebywania samej ze sobą

1
528
views

Samotność to bycie samemu? Czy indywidualizm to egoizm i czy odkrycie własnej tożsamości równa się akceptacji? Prywatnie o sztuce miłości. 

Przychodzę do domu, wita mnie pies, nie włączam telewizora, nie odpalam lapka. Nikt nie mów dzień dobry, jak Ci minął dzień. Nie słyszę radosnych okrzyków dzieci. Telefon brzęczy co chwilę, odkładam. Przez ścianę tylko ledwo zrozumiałe wymiany zdań sąsiadów. Ale wiesz, to zupełnie nie jest opis codziennego smutku, to raczej kąpanie się we własnej ciszy. Ani brodzenie, ani zatapianie, to przyjemne pląsanie. Bez upajania się chwilą, raczej stabilne aczkolwiek pełne radości codzienne życie.

Jeśli ktoś spojrzy na mnie z boku, pomyśli stara panna, pokręcona singielka lub wariatka z psem.  Czasem gdy ktoś pyta „dlaczego jesteś sama?”, rzucam zwyczajne „bo mi tak dobrze”. Po co nagle tłumaczyć się ze swojego stanu, czy to aż tak dziwne, by wieść normalne, spokojne życie bez kogoś u boku?

Kurde to wcale nie miał być tekst o życiu singielki czy usprawiedliwianie się przed samą sobą o „statusie związku”.  Bo można być samotnym w związku, można być samotnym w życiu, można być samym a być w związku, można też po prostu kochać siebie bez określania czy się kogoś ma czy się nie ma.

Bo indywidualizm i kochanie siebie to nie = singiel/singielka. Jestem wolna bez przydomków.

Znam pary, które w toksyczny sposób tłamszą siebie wzajemnie, znam też singli, którzy bez przeszkód rwą swoje życie tęskniąc utopijnie za byciem z kimś. I nie będę teraz cudownie się wybielać, że nigdy przenigdy w żaden sposób tak nie postępowałam. Z braku poczucia własnej wartości, z codziennego utwierdzania się w fakcie, że przecież nie zasługuje na czyjąś miłość, odrywałam indywidualizm – całkowicie egoistycznie – drugiej osobie. Pózniej z kolei, kalałam się – i nie bez sensu, bo to również okazało się potrzebne – za wszystkie błędy.  W otwartym kręgu emocji: strachu, złości, bezsilności próbowałam tkwić za wszelką cenę, czekając na cud. Jednak stopniowo, krok po kroku, dochodziłam do wnętrza tego wszystkiego. Naprawiałam sama siebie, by nauczyć się po prostu i zwyczajnie siebie zaakceptować i pokochać.

I gdy chyba jeszcze nawet tego w pełni nie poczułam, kolega z pracy powiedział: Asia, Ty chyba jesteś po prostu ze sobą pogodzona. Nie no, kurde odkryłam Amerykę! Tak się wtedy poczułam. Pierwszy raz zdałam sobie, tak zupełnie logicznie i realnie, sprawę, że jestem.

Pamiętam moment, gdy siedziałam jeszcze w tym domku w lesie, przy kominku i pisałam tekst o Odkrywaniu siebie, czułam się spełniona, bo odkryłam swoją tożsamość. Kobieta, szamanka, leśna romantyczka. Jednak teraz wiem, że znalezienie własnej tożsamości wcale nie oznacza jej pokochania i zaakceptowania. To jeszcze tyle drogi, przejechanych kilometrów Smartem, wypitych win, śmiechów z przyjaciółmi i smutków pod kocem. Ba, a ile seriali z Netflixa i ile kilogramów przypraw. Nie zliczę i nie chce.

Już nie jestem zmieszana, nie jestem czekająca jutra. Lubię sobą być, lubię wracać do domu bez kogoś kto na mnie czeka, lubię być w ciszy. Czuć samą siebie i być z siebie dumna, z każdego dnia. I lubię dalej siebie odkrywać.

Mam swoje marzenia, wiem, czego chce od życia i wiem, że umiem kochać. Czas lepszego jutra jest właśnie teraz.  Jestem bezgranicznie wdzięczna za dziś.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here